wtorek, 14 maja 2019


Zapisek 51.

Z Korčuli przenieśliśmy się na Lastovo – kolejną wyspę, małą i uroczą, z mnóstwem fikuśnych zatoczek. Awansowała do grona ulubionych. 
Generalnie mało kto tu chyba dociera, a jeśli już, to raczej jachtami, więc może nawet w wakacje da się tu odpocząć od tłumów. My byliśmy definitywnie poza sezonem, do tego stopnia, że nasz zarezerwowany wcześniej nocleg okazał się być jeszcze nie gotowy, ze względu na trwające wokół prace budowlane. Ale nasz gospodarz szybko znalazł nam inne pokoje. Razem z nami na wyspę przypłynęło promem raptem kilkoro turystów, więc nie było problemu ze znalezieniem wolnych miejsc, ale raczej… otwartych. W okolicy działała jedna kawiarnia i może ze trzy restauracje. Za to, jak już trafiliśmy do jednej z nich, to ho ho! A dokładnie hobotnica, czyli ośmiornica wjechała na stół, przyrządzona na najlepszy dalmatyński sposób „ispod peke”. Czyli długo zapiekana z warzywami, w specjalnym naczyniu. Tak, jak nie przepadam za tego typu smakołykami, tak muszę przyznać, że było to całkiem całkiem. A rodzina się wręcz zajadała! Gdyby ktoś chciał skosztować, to trzeba pamiętać, że należy ją zamówić w knajpie z wyprzedzeniem – musi się naprawdę dłuuugo piec, w specjalnym piecu zresztą. Piece zaś mają kominy, a kominy to – tak przy okazji – charakterystyczny element Lastova. Zwane fumarami, świadczyły dawniej o statusie mieszkańców, więc każdy chciał mieć jak najokazalszy. Teraz co i rusz można się na nie natknąć, zwłaszcza wędrując po miasteczku Lastovo. Położone w środku wyspy (a nie na wybrzeżu), jest takie lekko wycofane i zaspane. Myślę, że latem jest tu podobnie, tylko gorąco i może nieco tłoczniej. Chociaż... komu by się chciało jechać do Lastova😉 A warto!


























a to już Split i wyjazd na Zagrzeb, z moim ulubionym widokiem ;) 














poniedziałek, 13 maja 2019


Zapisek 50.

Nasz kolejny przystanek podczas wielkanocnej wyprawy, to Korčula. Tak nazywa się wyspa, ale też miasto na niej. Jest bardzo stare, pięknie położone na cyplu i jak wieść niesie, urodził się tu Marco Polo. Zakochałam się w tym miasteczku totalnie! Mojemu zauroczeniu niewątpliwie sprzyjał fakt, że było jeszcze przed sezonem, a więc w miarę pusto. Tłumy turystów skutecznie mogą zniechęcić do najpiękniejszych miejsc, tak więc jeśli tylko macie możliwość, zwiedzajcie Chorwację na wiosnę albo jesienią. Żeby w pełni ponapawać się atmosferą Korčuli wstałam nawet raz przed wschodem słońca i włóczyłam się zupełnie sama z aparatem po tych wszystkich zakamarkach i wąskich uliczkach, czekając cierpliwie aż ranne wstaną zorze i doświetlą mi zdjęcia😊
Na Korčuli spędziliśmy trzy noce, więc był czas żeby objechać całą wyspę, zajrzeć do winnicy i na plażę. Woda co prawda nie zachęcała do kąpieli, ale – coś za coś: przynajmniej było pusto😊